Blog

Terapia? Nie namawiam.

Kilka przewrotnych słów, troszQalternatywnie.

Wielokrotnie słyszałam o sytuacji, w której ktoś namawia kogoś, by „poszedł na terapię”. Między wersami towarzyszy wówczas niezwerbalizowana intencja pt. „idź się napraw”. Ileż to ludzie mają pomysłów na czyjeś szczęście! Ile wiedzy o tym, co kto powinien zrobić, by być szczęśliwszym, lepszym, zaradniejszym, przedsiębiorczym! Szczerze mówiąc, zarabia się teraz niezłe pieniądze na żerowaniu na poczuciu winy, że nie jesteś super! Przecież każdy powinien świetnie zarabiać, dbać o zdrowie, mieć satysfakcjonujące związki, a jeśli w jego życiu jest smutek, niedostatek lub choroba… to media i wszelkiej maści pomagierzy od sukcesu chętnie opowiedzą, co należy zrobić, by dobrostan osiągnąć.

Tak oto mamy pełny regał poradników typu: „Jak myśleć, żeby się bogacić”, „11 zasad udanego związku”, „Twoje zdrowie w twoich rękach” itp. W dobrych intencjach, a jakże, jedni zalecają drugim, by poszli na terapię, ponieważ tam się dowiedzą, jak mądrze, szczęśliwie żyć. W mniemaniu polecającego, klient zasiądzie na magicznym fotelu przed półbogiem terapeutą i zostanie oświecony wiedzą i umiejętnością. Potem wystarczy jedynie stosować mądrość w praktyce i pełny sukces, a przecież o to chodzi.

Cóż… terapia? Nie namawiam. Po pierwsze nie jest to antidotum na wszystko i zawsze. Ludzie potrzebują różnych rzeczy: edukacji, czasem interwencji, rady, pomocy w rozwiązaniu dylematu, konsultacji, nierzadko pomocy medycznej, informacji… Chociaż niektóre elementy z w/w mogą być składową terapii, terapią nie są! Po drugie, terapia zmienia, a to może być niebezpieczne W pewnym sensie oczywiście. Mogą ulec zmianie niespodziewane rzeczy! Na przykład ktoś dotąd wycofany w relacji zacznie otwarcie komunikować swoje potrzeby i co? I cały świat wokół bardzo zdziwiony i nieprzyzwyczajony do takiego układu spraw może wyrażać niezadowolenie. Fakt, że ktoś jest bardziej świadomy siebie wcale nie musi wiązać się z entuzjazmem otoczenia. Po trzecie, terapia kosztuje nie tylko pieniądze, ale i wysiłek wewnętrzny. Poza tym, zdobywanie świadomości, to droga jednokierunkowa. Jeśli coś nowego zrozumiesz, odkryjesz w sobie, zaakceptujesz, ogarniesz, uporządkujesz, w szczerości i prawdzie przed sobą samym, to sory, potem się już nie da „nie wiedzieć”. Zatem powtarzam- nie namawiam.

Zadałam sobie niedawno pytanie- Kto powinien iść na terapię? Oczywiście pojawiły się w mojej głowie osoby do wymienienia z imienia i nazwiska , lecz odsunęłam te myśli na bok stwierdzając, że trudno odpowiedzieć na tak postawione pytanie. Terapia, jako dobrowolny proces daleka jest od powinności. Może dlatego tylu „wysyłanych na terapię” klientów tak naprawdę przychodzi, jako goście, a nie jako podmiotowi klienci gotowi na zmianę. Ci „wysłani przez innych” na skutek szantażu, nakazu, czy innego zewnętrznego czynnika, mogą odnieść korzyść, jednak praca przebiega zwykle dłużej, z motywacyjnymi trudnościami, a bywa też porzucana i dyskredytowana słowami: „chodziłem i nic mi to nie dało”.

Pewnie żart o żarówce bawi tylko mnie, jednak zaryzykuję i opowiem Wam. Żart brzmi tak: „Kiedy psychoterapeuta może wkręcić żarówkę? Odp: Kiedy żarówka tego chce”. Nie namawiam więc, bo na chciejstwo każdy sam znajduje swój czas. Wystarczy po prostu dojść do momentu, w którym wykręca się numer telefonu i wita z głosem terapeuty zza słuchawki. A potem? A potem to… któż to wie? Każdy ma przecież własną drogę. Nie namawiam

Kaśka Herman