Zdalnie, nieidealnie, idealnie

Kilka przewrotnych słów, #troszQalternatywnie o zdalnej formie terapii i konsultacji.

Tytuł niemal jak z poezji lingwistycznej , co jeszcze mi się kojarzy, nie napiszę. Dziś przecież nie o freudowskich skojarzeniach, a o bardzo ważnej kwestii- spotkaniach terapeutycznych on-line.

Jeszcze niedawno sama byłam sceptyczna wobec pomysłu korzystania z telefonu, czy komputera do tak wymagającej formy kontaktu, jaką jest terapia.

Myślę, że to ograniczenie mentalne było naturalne, ponieważ sama korzystałam ze stacjonarnej, tradycyjnej terapii gabinetowej. Wygłaszałam nawet sądy, że ja w swojej pracy muszę widzieć człowieka całego, mieć go niemal na dłoni do obserwacji, by czuć kontakt, by się zestroić z nim, być uważną na każde drgnienie ręki lub nogi. Fakt, mowa ciała jest komunikatem. Ale!:

– Jest wielu niewidomych terapeutów, którzy profesjonalnie i skutecznie pracują Są wrażliwi na każdy tembr głosu, niuans, bo głos jest nośnikiem emocji. Nie potrzebują widzieć „całego” człowieka.

(Swoją drogą, miałam niewidomą panią profesor i ona mi udowodniła, że nie musi widzieć mojej miny, by wiedzieć, że pękam, że się waham, że mówię z niepewnością. Wywoływała do odpowiedzi celnie zawsze tych nieprzygotowanych ).

– Od lat z powodzeniem funkcjonują telefony zaufania i nikt nie mówi rozmówcy: „Proszę przyjechać pod adres, zanim pan/pani pomogę, muszę pana/panią zobaczyć.”

– Przeprowadziłam wiele zaangażowanych rozmów telefonicznych z członkami rodziny. Mieszkam sześćset kilometrów od rodzinnego miasta i latami utrzymuję zdalny kontakt. Za każdym razem, gdy rozmawialiśmy, miałam odczucie bliskości, empatycznie czułam nastrój i emocje rozmówcy.

– Wzięłam udział w licznych zdalnych szkoleniach, nawet takich, w których prowadziliśmy poufne rozmowy /terapeutyczna branża, więc nie da się inaczej, bez zwierzeń /.

– Zaczęłam spotykać się on-line z przyjaciółmi. Widziałam ich twarz, rozmowy były „pełnowartościowe”, kompletnie nie odczułam, że ta forma kontaktu jest ułomna. Nie dało się przytulić i podać kubka z herbatą, ale poza tym odbywaliśmy całkiem normalne, fajne spotkania.

Wymazałam gumką swoje wcześniejsze uprzedzenia i dziś mogę podpisać się dwoma rękami pod tezą, że można prowadzić terapię i spotkania zdalnie, bez uszczerbku na jakości. Ba! Nawet z korzyścią. Jaką? Nie trzeba szukać parkingu i parkomatu przed spotkaniem, marnować czasu na dojazd. Wartością dodaną może być też to, że rozmowa z terapeutą odbywa się „w domu”, na własnym terytorium, we własnych kapciach i z własnym kubkiem w ręku.

Jednakże każdy medal ma dwie strony.

Może nie trzeba szukać parkingu i jechać po deszczowym mieście, jednak trzeba zorganizować święty spokój. Zabezpieczyć miejsce rozmowy tak, by nikt niepowołany nie tylko nie przerwał rozmowy, ale też nie podsłuchiwał. Z mojego punktu widzenia zadbanie o warunki rozmowy może być trudne np. dla młodej mamy, w wielodzietnej rodzinie, w małym mieszkaniu itd. W tradycyjnej formie nie trzeba się martwić o intymność rozmowy, bo to zapewnia terapeuta zapraszając do gabinetu. Jednak poszukanie rozwiązania na trudność zorganizowania miejsca i czasu jest dowodem zaangażowania, tego, że mojemu klientowi/pacjentowi zależy. A jak zależy, to połowę roboty mamy z głowy Różnie to bywa. Osobiście odbywałam już spotkania z samochodu (nikt nie przeszkadza, o ile nie stoję na awaryjnych na autostradzie ), z piwnicy (o ile był zasięg). Nie ważne skąd! Byle było to miejsce gwarantujące przestrzeń na rozmowę. I tyle, i aż tyle wystarczy.

Z kim nie podjęłabym się spotkań zdalnych?

Z osobą niedosłyszącą, gdyż krzyczenie do mikrofonu bardzo mnie męczy i martwię się, że sąsiedzi zaczęliby robić notatki, a potem wrzucali na Facebooka posty ze złotymi myślami, do których tylko ja ma prawa autorskie 😉 Poza tym jednym wyjątkiem mam gotowość spotkań z każdym człowiekiem. Rozmów- spotkań- używam tych słów świadomie. Tak mówi mi doświadczenie. Wątpiącym w jakość spotkań zdalnych mogę powiedzieć tyko jedno- sprawdź sam. Pozdro.

Kaśka Herman
(psychoterapeuta systemowy
pracujący online)